Cassie Bell zatrzymała się nagle, prawie podcinając nogę kobiecie idącej za nią.
- Cholera! Idiotka!
- Przepraszam!
Z podmuchem błyszczących toreb na zakupy kobieta oddaliła się, rzucając jeszcze przekleństwo przez ramię. Nastrój Cassie zniknął.
- Szanuj oddech! - krzyknęła.- Nie mówię po francusku!
Kobieta nie usłyszała tego albo jej to nie obchodziło. Cassie skurczyła się w sobie jeszcze raz.
- Do diabła – mruknęła – Naprawdę tu nie pasuję.
Budynki wokół niej były jak ta kobieta: wysokie, dumne, eleganckie. Powietrze uderzało do głowy; bogate, nieuchwytnie połączone zapachem drogich perfum, późnego lata i spalin. Nawet nazwa ulicy wyśmiewała się z niej, ponieważ ledwo ją wymawiała. Co ona robiła na ulicy takiej jak ta? Co sobie wyobrażała myśląc, że to dobry pomysł? Rue du Faubourg Saint-Honoré! Jej używane tenisówki muszą być policzkiem dla płyt chodnikowych. Należała z powrotem w Cranlake Crescent, do ludzi, którzy ciągle dzwonili do opieki społecznej. Nie należała do Paryża.Odgarniając swoje cienkie, brązowe włosy z twarzy, jeszcze raz rzuciła okiem na zmięty kawałek papieru w swojej ręce. Biorąc pod uwagę, że była daleko od dworca Gare du Nord, byłoby wstyd gdyby nie udało jej się teraz znaleźć szkoły. Oczekiwała czegoś nietuzinkowego. Było kilka ogromnych posiadłości na tej ulicy, ale były prawie niewidoczne, umieszczone za wysokimi murami i żelaznymi bramami. Ulica śmierdziała pieniędzmi ale niewiele z tego blichtru było wyeksponowane. Tylko butiki, obok których przeszła z otwartą buzią.Po zastanowieniu, może byłoby lepiej jeżeli nie znalazłaby szkoły. To byłoby wystarczająco dobrym usprawiedliwieniem, ponieważ bycie tutaj to Poważny Błąd. Musiałaby wrócić do domu cichaczem, jak jakiś głupek. Musiałaby znieść gwizdy innych dzieci, pełne nienawiści uśmieszki Jilly Beaton. Co gorsza, musiałaby stawić czoła smutnemu rozczarowaniu w oczach Patricka.
Ale to i tak byłoby lepiej niż robienie z siebie durnia tutaj…
Jej serce zatrzęsło się.
Cassie ledwie zdała sobie sprawę, że wciąż idzie, tocząc za sobą swoją zniszczoną walizkę. Nie wiedziała co sprawiło, że rzuciła okiem na drugą stronę ulicy właśnie w tym momencie.
Jej oszołomienie przemieszane z paniką sprawiło, że poruszała się jakby była sterowana autopilotem.
Już za chwilę wpatrywała się w świecącą, mosiężną płytę umieszczoną na kamiennym filarze.
THE DARKE ACADEMY
To nie było nic innego jak zaproszenie. Mały mosiężny dzwonek umieszczony w kamieniu. To wszystko wyglądało bardzo subtelnie. Cassie mogła być rozczarowana tyle tylko że nawet z boku drogi mogła zobaczyć proporcję budynku – kamienne filary i frontony, krzywy zielono -brązowy posąg wpół ukryty na dziedzińcu – za wyszukanymi bramami ukutymi z żelaza.
Przełykając ślinę, Cassie zacisnęła palce na zniszczonej rączce pudła. Zeszła z krawężnika, a walizka podskakując, potoczyła się za nią na przekrzywionych kołach.Jej walizka.Co było w środku? List, który mówił, że tutaj należy. Że Cassandra Bell, ze wszystkich mało lubianych ludzi, była wystarczająco dobra na stypendium do Darke Akademy. Krótki list został napisany na grubym, drogim, pergaminowym papierze, i dobrze – tani papier rozpadłby się już na kawałki. Ile razy rozkładała go i składała, kąpiąc się w jego słowach dopóki nie wryły się na pamięć do głowy. Teraz był dokładnie schowany wewnątrz notebooka, którego podarował jej Patrick na pożegnanie. Musiał to być duży uszczerbek jego zarobków.Co miała z tym zrobić? Odsunąć go od siebie, i mówić, że jest jej przykro, że jest kiepska, że nie zasługuje na niego?
Nie ma mowy. List to potwierdził. Była na studiach w Darke Akademii!
Uśmiechając się szeroko, Cassie przeszła w poprzek drogi, walizka podskakiwała za nią. Kierowca zahamował ostro i krzyknął coś w jej kierunku, więc pokazała mu palec.
Miała prawo tu być. Zamierzała tu pasować. I co więcej, zamierzała to pokochać .
Zdyszana, pozwoliła swojemu palcu wskazującemu zawisnąć w powietrzu nad guzikiem. To jest to, pomyślała. Nadchodzę …
Wycofała się, zaskoczona. Brama już otworzyła się szeroko, cicho i gładko. Zaciskając rękę w pięść, przygryzła wargę. Przecież nie dotknęła dzwonka.
- Uważaj!-Dłoń na jej ramieniu odciągnęła ją od długiego i lśniącego czarnego samochodu, który toczył się ulicą, powoli skręcając w kierunku bramy. Cassie odniosła wrażenie, że nawet nieostrożny pieszy nie zakłóciłby mu spokojnej jazdy.
Ręka puściła ją nagle. Odwróciła się z uśmiechem, a jej właściciel cofnął się o krok. Był chłopcem w jej wieku, wysokim i barczystym, jego brązowe włosy były krótko ostrzyżone. Miał zdrowy wygląd chłopaka, który dużo przebywał na świeżym powietrzu, ze zdziwieniem patrzyła więc na jego twarz. Był wstrząśnięty i gwałtownie pobladł. Wyglądało to tak jakby cała jego krew, spłynęła w kierunku stóp.
- Dzięki - powiedziała, próbując rozbić przenikliwą ciszę.
Nie odpowiedział. Zamiast tego, obracając się na pięcie, odszedł bez słowa i zniknął za bramą Akademii. Cassie popatrzyła za nim.
Niegrzeczny, amerykański Macho.To nie był jedynie efekt wypowiedzianego przez niego rozwlekle słowa. To także, jego pewny i nieśpieszny krok, drogie ubranie, celowo wyglądające na niechlujne. Cieszyła się tylko, że nie widzi jak wpatruje się w jego obcisłe, sprane dżinsy. Zdenerwowana, nabrała tchu.
Wejdź do środka Cassie! To jest miejsce do którego należysz, pamiętasz?
Uśmiechnęła się. Jakby słyszała Patricka, szepczącego w jej głowie. Zanim bramy zamknęły się, szarpnęła swoją walizkę i weszła na dziedziniec do tamtego świata.Wow.
To było ogromna przestrzeń, dużo większa niż wydawało się z drogi. Światło słoneczne sączyło się przez kasztanowce, kamienne płyty chodnika pokryte były patyną czasu. Brukowane kostki wokół wielkiego basenu kąpielowego.
Basen otoczony był zielonymi paprociami i egzotycznymi roślinami o mięsistych liściach. Ich odsłonięte korzenie wyglądały jak skręcone węże. Pośrodku basenu dostrzegła posąg: szczupła dziewczyna z brązu stojąca na czubkach palców, jak we śnie wyciąga ramiona i pochyla się ku łabędziowi.
Nie było nic pięknego w tym ptaku, nic co mogło być powodem marzycielskiego uśmiechu dziewczyny. Jego złączone błoną łapy zmierzały się w jej stronę jak szpony, skrzydła były łukowato wygięte nad jej głową. Szyja, która wygląda jak czająca się do ataku żmija. Wyglądało to brutalnie i triumfujące.
Poczuła, jak przebiegły przez nią dreszcze. Zawsze uważała łabędzie za pogodne ptaki. Delikatne. Ładne. Ten jednak taki nie był. Posąg był piękny ale i niepokojący.
Cassie obróciła się w stronę kilku grupek studentów, których głosy rozbrzmiewały w powietrzu radosnym podnieceniem z powodu rozpoczęcia nowego semestru. Przełknęła ślinę. Od każdego z nich biła aura piękna i bogactwa. Zdmuchnęła kosmyk włosów ze swojej twarzy. Chciałaby mieć choć trochę pieniędzy, by zainwestować w elegancką fryzurę. Cholera, powinna mieć kasę. Szkoda, że nie zastawiła swojej duszy u diabła albo coś podobnego.
Gdy zaryzykowała uśmiech, odwrócili się z lekceważeniem. Japoneczka posłała jej pełen niedowierzania uśmiech, po czym odwróciła się do chłopca z którym stała. Wymamrotała coś, co sprawiło, że obydwoje zachichotali. Podobnie jak reszta studentów, mieli arogancki połysk pieniędzy i klasy.
Po tamtym amerykańskim chłopcu, nie było śladu.
Kula gniewu utworzyła się w gardle Cassie. Zacisnęła ręką na uchwycie walizki. Przypomniała sobie o liście w środku. List. Jej list. Jej stypendium. Ten tłum kupił tutaj miejsce, ona musiała na to zapracować. Nie odejdzie stąd. Nie ma mowy.Czarna limuzyna stała zaparkowana u stóp kamiennych schodów; jej kierowca otwierał tylne drzwi, czarne okulary słoneczne osłaniały jego oczy. Cassie cynicznie spoglądała, aż samochód wypluje z siebie jeszcze jedno rozpuszczone, bogate dziecko. Zamiast tego pojawiła się starsza kobieta, słabowita, ale piękna jak uschnięty kwiat.Cassie nigdy nie wyobrażała sobie, że ktoś stary może być piękny. Ale ta kobieta była. Krucha, niemożliwie delikatna jak pajęczyna, ale jednak uderzająco śliczna. Gdyby życie paryskie zrobiło coś takiego dla Cassie, została by tu na zawsze.
Uśmiech na jej twarzy zamarł, gdy kierowca limuzyny zamknął cicho drzwi i wsiadł do środka. Nie pomoże nawet wejść starszej kobiecie po schodach? Jakim on był szoferem? Cassie spiorunowała go wzrokiem, a następnie spojrzała w stronę studentów, którzy nie zwracali najmniejszej uwagi na całą tą sytuację.
- Niewiarygodnie – powiedziała głośno. Opuściła torbę i podeszła do kobiety.
- Pomóc pani?
Wolno, bardzo wolno, starsza kobieta odwróciła głowę w jej kierunku.
Cassie wzdrygnęła się. Kobieta wyglądała, jakby zdmuchnąć mógł ją najlżejszy podmuch wiatru, tylko jej oczy.... Nie było nic słabego w jej spojrzeniu.
W źrenicach coś gwałtownie błysnęło. Nie wrogo. Oceniająco.
Jej skóra była jak porcelana, przejrzysta z widocznymi zmarszczkami. Idealnie białe włosy zebrane w kok. Kości jej twarzy były jak wyrzeźbione z granitu. Cassie przełknęła ślinę.- To znaczy, jeśli pani chce... - urwała wpół słowa, nawet w jej uszach dziwnie to zabrzmiało.
Kobieta zacisnęła wargi.
- Proponujesz mi pomoc, młoda damo?
- Tak.- Cassie poczuła się głupio.
- Jesteś urocza! - władczy chłód roztopił się pod wpływem uśmiechu. - Mogę wziąć cię pod rękę?
Niezgrabnie, Cassie podała jej ramię; sękate palce zakręciły się wokół jej przedramienia. W okamgnieniu Cassie pomyślała o łabędziu na dziedzińcu, o jego łapach porywających dziewczynę z brązu, otrząsnęła się jednak i odwzajemniła uśmiech.
Za sobą usłyszała pomruk potężnego silnika i czarny samochód oddalił się.
- Tak dobrze jest być młodym - wyszeptała kobieta.
Przełykając ślinę, Cassie zacisnęła palce na zniszczonej rączce pudła. Zeszła z krawężnika, a walizka podskakując, potoczyła się za nią na przekrzywionych kołach.Jej walizka.Co było w środku? List, który mówił, że tutaj należy. Że Cassandra Bell, ze wszystkich mało lubianych ludzi, była wystarczająco dobra na stypendium do Darke Akademy. Krótki list został napisany na grubym, drogim, pergaminowym papierze, i dobrze – tani papier rozpadłby się już na kawałki. Ile razy rozkładała go i składała, kąpiąc się w jego słowach dopóki nie wryły się na pamięć do głowy. Teraz był dokładnie schowany wewnątrz notebooka, którego podarował jej Patrick na pożegnanie. Musiał to być duży uszczerbek jego zarobków.Co miała z tym zrobić? Odsunąć go od siebie, i mówić, że jest jej przykro, że jest kiepska, że nie zasługuje na niego?
Nie ma mowy. List to potwierdził. Była na studiach w Darke Akademii!
Uśmiechając się szeroko, Cassie przeszła w poprzek drogi, walizka podskakiwała za nią. Kierowca zahamował ostro i krzyknął coś w jej kierunku, więc pokazała mu palec.
Miała prawo tu być. Zamierzała tu pasować. I co więcej, zamierzała to pokochać .
Zdyszana, pozwoliła swojemu palcu wskazującemu zawisnąć w powietrzu nad guzikiem. To jest to, pomyślała. Nadchodzę …
Wycofała się, zaskoczona. Brama już otworzyła się szeroko, cicho i gładko. Zaciskając rękę w pięść, przygryzła wargę. Przecież nie dotknęła dzwonka.
- Uważaj!-Dłoń na jej ramieniu odciągnęła ją od długiego i lśniącego czarnego samochodu, który toczył się ulicą, powoli skręcając w kierunku bramy. Cassie odniosła wrażenie, że nawet nieostrożny pieszy nie zakłóciłby mu spokojnej jazdy.
Ręka puściła ją nagle. Odwróciła się z uśmiechem, a jej właściciel cofnął się o krok. Był chłopcem w jej wieku, wysokim i barczystym, jego brązowe włosy były krótko ostrzyżone. Miał zdrowy wygląd chłopaka, który dużo przebywał na świeżym powietrzu, ze zdziwieniem patrzyła więc na jego twarz. Był wstrząśnięty i gwałtownie pobladł. Wyglądało to tak jakby cała jego krew, spłynęła w kierunku stóp.
- Dzięki - powiedziała, próbując rozbić przenikliwą ciszę.
Nie odpowiedział. Zamiast tego, obracając się na pięcie, odszedł bez słowa i zniknął za bramą Akademii. Cassie popatrzyła za nim.
Niegrzeczny, amerykański Macho.To nie był jedynie efekt wypowiedzianego przez niego rozwlekle słowa. To także, jego pewny i nieśpieszny krok, drogie ubranie, celowo wyglądające na niechlujne. Cieszyła się tylko, że nie widzi jak wpatruje się w jego obcisłe, sprane dżinsy. Zdenerwowana, nabrała tchu.
Wejdź do środka Cassie! To jest miejsce do którego należysz, pamiętasz?
Uśmiechnęła się. Jakby słyszała Patricka, szepczącego w jej głowie. Zanim bramy zamknęły się, szarpnęła swoją walizkę i weszła na dziedziniec do tamtego świata.Wow.
To było ogromna przestrzeń, dużo większa niż wydawało się z drogi. Światło słoneczne sączyło się przez kasztanowce, kamienne płyty chodnika pokryte były patyną czasu. Brukowane kostki wokół wielkiego basenu kąpielowego.
Basen otoczony był zielonymi paprociami i egzotycznymi roślinami o mięsistych liściach. Ich odsłonięte korzenie wyglądały jak skręcone węże. Pośrodku basenu dostrzegła posąg: szczupła dziewczyna z brązu stojąca na czubkach palców, jak we śnie wyciąga ramiona i pochyla się ku łabędziowi.
Nie było nic pięknego w tym ptaku, nic co mogło być powodem marzycielskiego uśmiechu dziewczyny. Jego złączone błoną łapy zmierzały się w jej stronę jak szpony, skrzydła były łukowato wygięte nad jej głową. Szyja, która wygląda jak czająca się do ataku żmija. Wyglądało to brutalnie i triumfujące.
Poczuła, jak przebiegły przez nią dreszcze. Zawsze uważała łabędzie za pogodne ptaki. Delikatne. Ładne. Ten jednak taki nie był. Posąg był piękny ale i niepokojący.
Cassie obróciła się w stronę kilku grupek studentów, których głosy rozbrzmiewały w powietrzu radosnym podnieceniem z powodu rozpoczęcia nowego semestru. Przełknęła ślinę. Od każdego z nich biła aura piękna i bogactwa. Zdmuchnęła kosmyk włosów ze swojej twarzy. Chciałaby mieć choć trochę pieniędzy, by zainwestować w elegancką fryzurę. Cholera, powinna mieć kasę. Szkoda, że nie zastawiła swojej duszy u diabła albo coś podobnego.
Gdy zaryzykowała uśmiech, odwrócili się z lekceważeniem. Japoneczka posłała jej pełen niedowierzania uśmiech, po czym odwróciła się do chłopca z którym stała. Wymamrotała coś, co sprawiło, że obydwoje zachichotali. Podobnie jak reszta studentów, mieli arogancki połysk pieniędzy i klasy.
Po tamtym amerykańskim chłopcu, nie było śladu.
Kula gniewu utworzyła się w gardle Cassie. Zacisnęła ręką na uchwycie walizki. Przypomniała sobie o liście w środku. List. Jej list. Jej stypendium. Ten tłum kupił tutaj miejsce, ona musiała na to zapracować. Nie odejdzie stąd. Nie ma mowy.Czarna limuzyna stała zaparkowana u stóp kamiennych schodów; jej kierowca otwierał tylne drzwi, czarne okulary słoneczne osłaniały jego oczy. Cassie cynicznie spoglądała, aż samochód wypluje z siebie jeszcze jedno rozpuszczone, bogate dziecko. Zamiast tego pojawiła się starsza kobieta, słabowita, ale piękna jak uschnięty kwiat.Cassie nigdy nie wyobrażała sobie, że ktoś stary może być piękny. Ale ta kobieta była. Krucha, niemożliwie delikatna jak pajęczyna, ale jednak uderzająco śliczna. Gdyby życie paryskie zrobiło coś takiego dla Cassie, została by tu na zawsze.
Uśmiech na jej twarzy zamarł, gdy kierowca limuzyny zamknął cicho drzwi i wsiadł do środka. Nie pomoże nawet wejść starszej kobiecie po schodach? Jakim on był szoferem? Cassie spiorunowała go wzrokiem, a następnie spojrzała w stronę studentów, którzy nie zwracali najmniejszej uwagi na całą tą sytuację.
- Niewiarygodnie – powiedziała głośno. Opuściła torbę i podeszła do kobiety.
- Pomóc pani?
Wolno, bardzo wolno, starsza kobieta odwróciła głowę w jej kierunku.
Cassie wzdrygnęła się. Kobieta wyglądała, jakby zdmuchnąć mógł ją najlżejszy podmuch wiatru, tylko jej oczy.... Nie było nic słabego w jej spojrzeniu.
W źrenicach coś gwałtownie błysnęło. Nie wrogo. Oceniająco.
Jej skóra była jak porcelana, przejrzysta z widocznymi zmarszczkami. Idealnie białe włosy zebrane w kok. Kości jej twarzy były jak wyrzeźbione z granitu. Cassie przełknęła ślinę.- To znaczy, jeśli pani chce... - urwała wpół słowa, nawet w jej uszach dziwnie to zabrzmiało.
Kobieta zacisnęła wargi.
- Proponujesz mi pomoc, młoda damo?
- Tak.- Cassie poczuła się głupio.
- Jesteś urocza! - władczy chłód roztopił się pod wpływem uśmiechu. - Mogę wziąć cię pod rękę?
Niezgrabnie, Cassie podała jej ramię; sękate palce zakręciły się wokół jej przedramienia. W okamgnieniu Cassie pomyślała o łabędziu na dziedzińcu, o jego łapach porywających dziewczynę z brązu, otrząsnęła się jednak i odwzajemniła uśmiech.
Za sobą usłyszała pomruk potężnego silnika i czarny samochód oddalił się.
- Tak dobrze jest być młodym - wyszeptała kobieta.
- Co? – Cassie mrugnęła – To znaczy, słucham?
- Młoda jesteś – uśmiechnęła się – chcesz mi pomóc. Jesteś tak miła.
Uchwyt na ramieniu Cassie był zadziwiająco stalowy, ale kobieta była lekka jak szkielet liścia. Cassie podtrzymując ją weszła na schody. Wydawało się, że jest ich dużo.
- Trzynaście kroków – powiedział kobieta na głos, jakby czytając w jej myślach. Zatrzymując się by nabrać tchu, podniosła wzrok na klasyczną fasadę szkoły.
- Tyle czasu minęło odkąd byłam tu ostatni raz, ale pamiętam te schody jakby to było wczoraj. Jesteś nowa, kochanie, nieprawdaż?
- To jest tak oczywiste? - Cassie uśmiechnęła się.
Jej śmiech zabrzmiał jak łagodny dzwoneczek.
- Tak, ale w najlepszy, możliwy sposób. Posłuchaj mych rad, ach …
- Jestem Cassandra. Wszyscy nazywają mnie jednak Cassie.- Cassandra! Jak ślicznie. Będę nazywać cię Cassandra. Jestem Madame Azzedine , ale ty proszę mów mi Estelle. A moja rada jest taka, że powinnaś wziąć wszystko co Akademia ma do zaoferowania.
Zatrzymując się raz jeszcze, Madame Azzedine odwróciło się do niej gwałtownie, radośnie podniecona.
- To jest najlepsza szkoła. Chociaż inaczej to ujmując, Akademia jest czymś dużo więcej niż szkołą. Wykorzystaj wszystko co może ci dać, Cassandro, a zmieni to twoje życie. Na zawsze. Rozumiesz mnie?
- Er …tak.
Madame Azzedine wydała z siebie ostry śmiech.
- Chyba jednak nie bardzo. Ale zrozumiesz, kochana. Nauczysz się bardzo dużo. Akademia zmieni twoje życie.Były już tylko kilka kroków przed szczytem schodów ,gdy oddech starszej z kobiet przeszedł w krótkie , gwałtowne wdechy.
-Ja tego chcę.- Cassie prawie położyła swoją rękę na dłoni Madame. Ale ckliwość nie leżała w jej naturze, jakkolwiek silne było w tej chwili jej zrozumienie dla tej miłej, władczej kobiety. W każdym razie, nie chciała kłaść swojej ręki z obgryzionymi paznokciami, na porcelanowej dłoni z nienagannie zrobionym manikiurem Madame Azzedine przyłożyła na moment rękę do swojej klatki piersiowej, łapiąc oddech.
- Czego pragniesz Cassandro?
- Chce zmienić swoje życie.
- Zmienić? - Ponieważ doszły do szczytu schodów, Madame Azzedine zwolniła ramię Cassie. - Nie! Akademia nauczy cię podbić życie, zmusić je do uległości i nagiąć je do swojej woli. Prawdziwi absolwenci Darke Akademia chwytają życie za gardło, Cassandro! Zapamiętaj, to!
Dziwne drżenie przebiegało wzdłuż kręgosłupa Cassie ale pozbyła się go i uśmiechnęła.
- Ja chcę - powiedziała - I tak będzie.
Uśmiechając się, Madame Azzedine uścisnęła obydwie ręce Cassie
- Dobrze!
Ktoś zakaszlał z ocienionego otworu drzwiowego i Cassie prawie wyskoczyła ze skóry.- Madame, witamy. – Kłaniając się, odźwierny w ciemnym uniformie pochylił swoją głowę. – Sir Alric cię oczekuję.
Zaśmiała się radośnie.
- Ależ oczywiście, że oczekuje! Przepraszam, Cassandro, moja droga. Powodzenia.
- Dziękuję, Madame Azz… um, Estelle - wymamrotała Cassie.
- Życzę Ci wielu, wielu cennych lat w Akademii.- Madame Azzedine posłała jej pełen zadowolenia uśmiech. - Jestem całkowicie pewna, że tak będzie.
Uchwyt na ramieniu Cassie był zadziwiająco stalowy, ale kobieta była lekka jak szkielet liścia. Cassie podtrzymując ją weszła na schody. Wydawało się, że jest ich dużo.
- Trzynaście kroków – powiedział kobieta na głos, jakby czytając w jej myślach. Zatrzymując się by nabrać tchu, podniosła wzrok na klasyczną fasadę szkoły.
- Tyle czasu minęło odkąd byłam tu ostatni raz, ale pamiętam te schody jakby to było wczoraj. Jesteś nowa, kochanie, nieprawdaż?
- To jest tak oczywiste? - Cassie uśmiechnęła się.
Jej śmiech zabrzmiał jak łagodny dzwoneczek.
- Tak, ale w najlepszy, możliwy sposób. Posłuchaj mych rad, ach …
- Jestem Cassandra. Wszyscy nazywają mnie jednak Cassie.- Cassandra! Jak ślicznie. Będę nazywać cię Cassandra. Jestem Madame Azzedine , ale ty proszę mów mi Estelle. A moja rada jest taka, że powinnaś wziąć wszystko co Akademia ma do zaoferowania.
Zatrzymując się raz jeszcze, Madame Azzedine odwróciło się do niej gwałtownie, radośnie podniecona.
- To jest najlepsza szkoła. Chociaż inaczej to ujmując, Akademia jest czymś dużo więcej niż szkołą. Wykorzystaj wszystko co może ci dać, Cassandro, a zmieni to twoje życie. Na zawsze. Rozumiesz mnie?
- Er …tak.
Madame Azzedine wydała z siebie ostry śmiech.
- Chyba jednak nie bardzo. Ale zrozumiesz, kochana. Nauczysz się bardzo dużo. Akademia zmieni twoje życie.Były już tylko kilka kroków przed szczytem schodów ,gdy oddech starszej z kobiet przeszedł w krótkie , gwałtowne wdechy.
-Ja tego chcę.- Cassie prawie położyła swoją rękę na dłoni Madame. Ale ckliwość nie leżała w jej naturze, jakkolwiek silne było w tej chwili jej zrozumienie dla tej miłej, władczej kobiety. W każdym razie, nie chciała kłaść swojej ręki z obgryzionymi paznokciami, na porcelanowej dłoni z nienagannie zrobionym manikiurem Madame Azzedine przyłożyła na moment rękę do swojej klatki piersiowej, łapiąc oddech.
- Czego pragniesz Cassandro?
- Chce zmienić swoje życie.
- Zmienić? - Ponieważ doszły do szczytu schodów, Madame Azzedine zwolniła ramię Cassie. - Nie! Akademia nauczy cię podbić życie, zmusić je do uległości i nagiąć je do swojej woli. Prawdziwi absolwenci Darke Akademia chwytają życie za gardło, Cassandro! Zapamiętaj, to!
Dziwne drżenie przebiegało wzdłuż kręgosłupa Cassie ale pozbyła się go i uśmiechnęła.
- Ja chcę - powiedziała - I tak będzie.
Uśmiechając się, Madame Azzedine uścisnęła obydwie ręce Cassie
- Dobrze!
Ktoś zakaszlał z ocienionego otworu drzwiowego i Cassie prawie wyskoczyła ze skóry.- Madame, witamy. – Kłaniając się, odźwierny w ciemnym uniformie pochylił swoją głowę. – Sir Alric cię oczekuję.
Zaśmiała się radośnie.
- Ależ oczywiście, że oczekuje! Przepraszam, Cassandro, moja droga. Powodzenia.
- Dziękuję, Madame Azz… um, Estelle - wymamrotała Cassie.
- Życzę Ci wielu, wielu cennych lat w Akademii.- Madame Azzedine posłała jej pełen zadowolenia uśmiech. - Jestem całkowicie pewna, że tak będzie.