wtorek, 26 maja 2015

Rozdział I

Nie pasuję tu.
Cassie Bell zatrzymała się nagle, prawie podcinając nogę kobiecie idącej za nią.
- Cholera! Idiotka!
- Przepraszam!
Z podmuchem błyszczących toreb na zakupy kobieta oddaliła się, rzucając jeszcze przekleństwo przez ramię. Nastrój Cassie zniknął.
- Szanuj oddech! - krzyknęła.- Nie mówię po francusku!
Kobieta nie usłyszała tego albo jej to nie obchodziło. Cassie skurczyła się w sobie jeszcze raz.
- Do diabła – mruknęła – Naprawdę tu nie pasuję.
Budynki wokół niej były jak ta kobieta: wysokie, dumne, eleganckie. Powietrze uderzało do głowy; bogate, nieuchwytnie połączone zapachem drogich perfum, późnego lata i spalin. Nawet nazwa ulicy wyśmiewała się z niej, ponieważ ledwo ją wymawiała. Co ona robiła na ulicy takiej jak ta? Co sobie wyobrażała myśląc, że to dobry pomysł? Rue du Faubourg Saint-Honoré! Jej używane tenisówki muszą być policzkiem dla płyt chodnikowych. Należała z powrotem w Cranlake Crescent, do ludzi, którzy ciągle dzwonili do opieki społecznej. Nie należała do Paryża.Odgarniając swoje cienkie, brązowe włosy z twarzy, jeszcze raz rzuciła okiem na zmięty kawałek papieru w swojej ręce. Biorąc pod uwagę, że była daleko od dworca Gare du Nord, byłoby wstyd gdyby nie udało jej się teraz znaleźć szkoły. Oczekiwała czegoś nietuzinkowego. Było kilka ogromnych posiadłości na tej ulicy, ale były prawie niewidoczne, umieszczone za wysokimi murami i żelaznymi bramami. Ulica śmierdziała pieniędzmi ale niewiele z tego blichtru było wyeksponowane. Tylko butiki, obok których przeszła z otwartą buzią.Po zastanowieniu, może byłoby lepiej jeżeli nie znalazłaby szkoły. To byłoby wystarczająco dobrym usprawiedliwieniem, ponieważ bycie tutaj to Poważny Błąd. Musiałaby wrócić do domu cichaczem, jak jakiś głupek. Musiałaby znieść gwizdy innych dzieci, pełne nienawiści uśmieszki Jilly Beaton. Co gorsza, musiałaby stawić czoła smutnemu rozczarowaniu w oczach Patricka.
Ale to i tak byłoby lepiej niż robienie z siebie durnia tutaj…
Jej serce zatrzęsło się.
Cassie ledwie zdała sobie sprawę, że wciąż idzie, tocząc za sobą swoją zniszczoną walizkę. Nie wiedziała co sprawiło, że rzuciła okiem na drugą stronę ulicy właśnie w tym momencie.
Jej oszołomienie przemieszane z paniką sprawiło, że poruszała się jakby była sterowana autopilotem.
Już za chwilę wpatrywała się w świecącą, mosiężną płytę umieszczoną na kamiennym filarze.

                                         THE DARKE ACADEMY

To nie było nic innego jak zaproszenie. Mały mosiężny dzwonek umieszczony w kamieniu. To wszystko wyglądało bardzo subtelnie. Cassie mogła być rozczarowana tyle tylko że nawet z boku drogi mogła zobaczyć proporcję budynku – kamienne filary i frontony, krzywy zielono -brązowy posąg wpół ukryty na dziedzińcu – za wyszukanymi bramami ukutymi z żelaza.
Przełykając ślinę, Cassie zacisnęła palce na zniszczonej rączce pudła. Zeszła z krawężnika, a walizka podskakując, potoczyła się za nią na przekrzywionych kołach.Jej walizka.Co było w środku? List, który mówił, że tutaj należy. Że Cassandra Bell, ze wszystkich mało lubianych ludzi, była wystarczająco dobra na stypendium do Darke Akademy. Krótki list został napisany na grubym, drogim, pergaminowym papierze, i dobrze – tani papier rozpadłby się już na kawałki. Ile razy rozkładała go i składała, kąpiąc się w jego słowach dopóki nie wryły się na pamięć do głowy. Teraz był dokładnie schowany wewnątrz notebooka, którego podarował jej Patrick na pożegnanie. Musiał to być duży uszczerbek jego zarobków.Co miała z tym zrobić? Odsunąć go od siebie, i mówić, że jest jej przykro, że jest kiepska, że nie zasługuje na niego?
Nie ma mowy. List to potwierdził. Była na studiach w Darke Akademii!
Uśmiechając się szeroko, Cassie przeszła w poprzek drogi, walizka podskakiwała za nią. Kierowca zahamował ostro i krzyknął coś w jej kierunku, więc pokazała mu palec.
Miała prawo tu być. Zamierzała tu pasować. I co więcej, zamierzała to pokochać .
Zdyszana, pozwoliła swojemu palcu wskazującemu zawisnąć w powietrzu nad guzikiem. To jest to, pomyślała. Nadchodzę …
Wycofała się, zaskoczona. Brama już otworzyła się szeroko, cicho i gładko. Zaciskając rękę w pięść, przygryzła wargę. Przecież nie dotknęła dzwonka.
- Uważaj!-Dłoń na jej ramieniu odciągnęła ją od długiego i lśniącego czarnego samochodu, który toczył się ulicą, powoli skręcając w kierunku bramy. Cassie odniosła wrażenie, że nawet nieostrożny pieszy nie zakłóciłby mu spokojnej jazdy.
Ręka puściła ją nagle. Odwróciła się z uśmiechem, a jej właściciel cofnął się o krok. Był chłopcem w jej wieku, wysokim i barczystym, jego brązowe włosy były krótko ostrzyżone. Miał zdrowy wygląd chłopaka, który dużo przebywał na świeżym powietrzu, ze zdziwieniem patrzyła więc na jego twarz. Był wstrząśnięty i gwałtownie pobladł. Wyglądało to tak jakby cała jego krew, spłynęła w kierunku stóp.
- Dzięki - powiedziała, próbując rozbić przenikliwą ciszę.
Nie odpowiedział. Zamiast tego, obracając się na pięcie, odszedł bez słowa i zniknął za bramą Akademii. Cassie popatrzyła za nim.
Niegrzeczny, amerykański Macho.To nie był jedynie efekt wypowiedzianego przez niego rozwlekle słowa. To także, jego pewny i nieśpieszny krok, drogie ubranie, celowo wyglądające na niechlujne. Cieszyła się tylko, że nie widzi jak wpatruje się w jego obcisłe, sprane dżinsy. Zdenerwowana, nabrała tchu.
Wejdź do środka Cassie! To jest miejsce do którego należysz, pamiętasz?
Uśmiechnęła się. Jakby słyszała Patricka, szepczącego w jej głowie. Zanim bramy zamknęły się, szarpnęła swoją walizkę i weszła na dziedziniec do tamtego świata.Wow.
To było ogromna przestrzeń, dużo większa niż wydawało się z drogi. Światło słoneczne sączyło się przez kasztanowce, kamienne płyty chodnika pokryte były patyną czasu. Brukowane kostki wokół wielkiego basenu kąpielowego.
Basen otoczony był zielonymi paprociami i egzotycznymi roślinami o mięsistych liściach. Ich odsłonięte korzenie wyglądały jak skręcone węże. Pośrodku basenu dostrzegła posąg: szczupła dziewczyna z brązu stojąca na czubkach palców, jak we śnie wyciąga ramiona i pochyla się ku łabędziowi.
Nie było nic pięknego w tym ptaku, nic co mogło być powodem marzycielskiego uśmiechu dziewczyny. Jego złączone błoną łapy zmierzały się w jej stronę jak szpony, skrzydła były łukowato wygięte nad jej głową. Szyja, która wygląda jak czająca się do ataku żmija. Wyglądało to brutalnie i triumfujące.
Poczuła, jak przebiegły przez nią dreszcze. Zawsze uważała łabędzie za pogodne ptaki. Delikatne. Ładne. Ten jednak taki nie był. Posąg był piękny ale i niepokojący.
Cassie obróciła się w stronę kilku grupek studentów, których głosy rozbrzmiewały w powietrzu radosnym podnieceniem z powodu rozpoczęcia nowego semestru. Przełknęła ślinę. Od każdego z nich biła aura piękna i bogactwa. Zdmuchnęła kosmyk włosów ze swojej twarzy. Chciałaby mieć choć trochę pieniędzy, by zainwestować w elegancką fryzurę. Cholera, powinna mieć kasę. Szkoda, że nie zastawiła swojej duszy u diabła albo coś podobnego.
Gdy zaryzykowała uśmiech, odwrócili się z lekceważeniem. Japoneczka posłała jej pełen niedowierzania uśmiech, po czym odwróciła się do chłopca z którym stała. Wymamrotała coś, co sprawiło, że obydwoje zachichotali. Podobnie jak reszta studentów, mieli arogancki połysk pieniędzy i klasy.
Po tamtym amerykańskim chłopcu, nie było śladu.
Kula gniewu utworzyła się w gardle Cassie. Zacisnęła ręką na uchwycie walizki. Przypomniała sobie o liście w środku. List. Jej list. Jej stypendium. Ten tłum kupił tutaj miejsce, ona musiała na to zapracować. Nie odejdzie stąd. Nie ma mowy.Czarna limuzyna stała zaparkowana u stóp kamiennych schodów; jej kierowca otwierał tylne drzwi, czarne okulary słoneczne osłaniały jego oczy. Cassie cynicznie spoglądała, aż samochód wypluje z siebie jeszcze jedno rozpuszczone, bogate dziecko. Zamiast tego pojawiła się starsza kobieta, słabowita, ale piękna jak uschnięty kwiat.Cassie nigdy nie wyobrażała sobie, że ktoś stary może być piękny. Ale ta kobieta była. Krucha, niemożliwie delikatna jak pajęczyna, ale jednak uderzająco śliczna. Gdyby życie paryskie zrobiło coś takiego dla Cassie, została by tu na zawsze.
Uśmiech na jej twarzy zamarł, gdy kierowca limuzyny zamknął cicho drzwi i wsiadł do środka. Nie pomoże nawet wejść starszej kobiecie po schodach? Jakim on był szoferem? Cassie spiorunowała go wzrokiem, a następnie spojrzała w stronę studentów, którzy nie zwracali najmniejszej uwagi na całą tą sytuację.
- Niewiarygodnie – powiedziała głośno. Opuściła torbę i podeszła do kobiety.
- Pomóc pani?
Wolno, bardzo wolno, starsza kobieta odwróciła głowę w jej kierunku.
Cassie wzdrygnęła się. Kobieta wyglądała, jakby zdmuchnąć mógł ją najlżejszy podmuch wiatru, tylko jej oczy.... Nie było nic słabego w jej spojrzeniu.
W źrenicach coś gwałtownie błysnęło. Nie wrogo. Oceniająco.
Jej skóra była jak porcelana, przejrzysta z widocznymi zmarszczkami. Idealnie białe włosy zebrane w kok. Kości jej twarzy były jak wyrzeźbione z granitu. Cassie przełknęła ślinę.- To znaczy, jeśli pani chce... - urwała wpół słowa, nawet w jej uszach dziwnie to zabrzmiało.
Kobieta zacisnęła wargi.
- Proponujesz mi pomoc, młoda damo?
- Tak.- Cassie poczuła się głupio.
- Jesteś urocza! - władczy chłód roztopił się pod wpływem uśmiechu. - Mogę wziąć cię pod rękę?
Niezgrabnie, Cassie podała jej ramię; sękate palce zakręciły się wokół jej przedramienia. W okamgnieniu Cassie pomyślała o łabędziu na dziedzińcu, o jego łapach porywających dziewczynę z brązu, otrząsnęła się jednak i odwzajemniła uśmiech.
Za sobą usłyszała pomruk potężnego silnika i czarny samochód oddalił się.
- Tak dobrze jest być młodym - wyszeptała kobieta.
- Co? – Cassie mrugnęła – To znaczy, słucham?
- Młoda jesteś – uśmiechnęła się – chcesz mi pomóc. Jesteś tak miła.
Uchwyt na ramieniu Cassie był zadziwiająco stalowy, ale kobieta była lekka jak szkielet liścia. Cassie podtrzymując ją weszła na schody. Wydawało się, że jest ich dużo.
- Trzynaście kroków – powiedział kobieta na głos, jakby czytając w jej myślach. Zatrzymując się by nabrać tchu, podniosła wzrok na klasyczną fasadę szkoły.
- Tyle czasu minęło odkąd byłam tu ostatni raz, ale pamiętam te schody jakby to było wczoraj. Jesteś nowa, kochanie, nieprawdaż?
- To jest tak oczywiste? - Cassie uśmiechnęła się.
Jej śmiech zabrzmiał jak łagodny dzwoneczek.
- Tak, ale w najlepszy, możliwy sposób. Posłuchaj mych rad, ach …
- Jestem Cassandra. Wszyscy nazywają mnie jednak Cassie.- Cassandra! Jak ślicznie. Będę nazywać cię Cassandra. Jestem Madame Azzedine , ale ty proszę mów mi Estelle. A moja rada jest taka, że powinnaś wziąć wszystko co Akademia ma do zaoferowania.
Zatrzymując się raz jeszcze, Madame Azzedine odwróciło się do niej gwałtownie, radośnie podniecona.
- To jest najlepsza szkoła. Chociaż inaczej to ujmując, Akademia jest czymś dużo więcej niż szkołą. Wykorzystaj wszystko co może ci dać, Cassandro, a zmieni to twoje życie. Na zawsze. Rozumiesz mnie?
- Er …tak.
Madame Azzedine wydała z siebie ostry śmiech.
- Chyba jednak nie bardzo. Ale zrozumiesz, kochana. Nauczysz się bardzo dużo. Akademia zmieni twoje życie.Były już tylko kilka kroków przed szczytem schodów ,gdy oddech starszej z kobiet przeszedł w krótkie , gwałtowne wdechy.
-Ja tego chcę.- Cassie prawie położyła swoją rękę na dłoni Madame. Ale ckliwość nie leżała w jej naturze, jakkolwiek silne było w tej chwili jej zrozumienie dla tej miłej, władczej kobiety. W każdym razie, nie chciała kłaść swojej ręki z obgryzionymi paznokciami, na porcelanowej dłoni z nienagannie zrobionym manikiurem Madame Azzedine przyłożyła na moment rękę do swojej klatki piersiowej, łapiąc oddech.
- Czego pragniesz Cassandro?
- Chce zmienić swoje życie.
- Zmienić? - Ponieważ doszły do szczytu schodów, Madame Azzedine zwolniła ramię Cassie. - Nie! Akademia nauczy cię podbić życie, zmusić je do uległości i nagiąć je do swojej woli. Prawdziwi absolwenci Darke Akademia chwytają życie za gardło, Cassandro! Zapamiętaj, to!
Dziwne drżenie przebiegało wzdłuż kręgosłupa Cassie ale pozbyła się go i uśmiechnęła.
- Ja chcę - powiedziała - I tak będzie.
Uśmiechając się, Madame Azzedine uścisnęła obydwie ręce Cassie
- Dobrze!
Ktoś zakaszlał z ocienionego otworu drzwiowego i Cassie prawie wyskoczyła ze skóry.- Madame, witamy. – Kłaniając się, odźwierny w ciemnym uniformie pochylił swoją głowę. – Sir Alric cię oczekuję.
Zaśmiała się radośnie.
- Ależ oczywiście, że oczekuje! Przepraszam, Cassandro, moja droga. Powodzenia.
- Dziękuję, Madame Azz… um, Estelle - wymamrotała Cassie.
- Życzę Ci wielu, wielu cennych lat w Akademii.- Madame Azzedine posłała jej pełen zadowolenia uśmiech. - Jestem całkowicie pewna, że tak będzie.

piątek, 22 maja 2015

Prolog

- Hej, czy to ty?
Spojrzała z nadzieją w ciemność, bicie jej serca przyśpieszyło.
Brak odpowiedzi. Coś zaszeleściło w zaroślach, komar zabzyczał. Rozczarowana, zmieniła pozycję, usiadła przy starej świątynnej ścianie i objęła kolana. Nie było żadnego śladu, że on tu jest. To tylko jakaś nocna istota. W porządku, przecież ostrzegł ją, że może się spóźnić.
„Czekałaś na mnie jednak! Czekałaś na mnie Jess, i o to jestem …”
Pozwoliła sobie na lekki uśmiech. Oczywiście, że tu była. Byli jak dwa bieguny magnezu. Mógł znaleźć ją zawsze, w jakimkolwiek tłumie, jakiejkolwiek klasie, i teraz nie mógłby jej zgubić, nawet po ciemku. Zrugałaby go lekko za spóźnienie, ale jego śmiech tak jak jego piękny głos, sprawiłby, że jej serce fiknęłoby koziołka.
„Kocham cię, Jess. Nie śmiej się. Przysięgam.”
Żaden chłopiec nie mógłby sfałszować tych słów tak dobrze. A szczególnie nie on. Przyjdzie na pewno.Marszcząc brwi, uniosła swoją dłoń ku światłu księżyca, a jego promień przejrzał się w zegarku. Z dziesięciu minut zrobiło się dwadzieścia. No i co z tego? Gdyby to był dzień nie czułaby, że tak się dłuży. Nie dłużyłoby jej się także w hałaśliwym barze. Tutaj, w upiornych cieniach starożytnej świątyni było łatwo się wystraszyć, to wszystko.No, przyjdź już.
Osuwając się w dół ściany, podwinęła nogi, potarła ramiona. Czuła gęsia skórkę, mimo że nie było jej zimno. Inny komar bzyknął koło jej ucha, trzepnęła go gniewnie.
„Mam cię.”
Zaczynała się złościć. Jest tak późno. Nie miał prawa zostawić jej samej tyle czasu, tutaj w ciemnościach. Przez trzydzieści minut! To powinno być romantyczną przechadzką, nie badaniem jej nerwów.
Najlepiej by było wściec się na niego. Jednak ona była zbyt przerażona by się złościć. Sama tutaj w cichym mroku. Albo i nie tak cichym. Rozejrzała się dookoła, gdy trzasnęła gałąź i zaszeleściły liście. Był to tylko szczur, jeden duży szczur. Zadrżała.
Lubiła to miejsce za dnia. Zielone bogactwo dżungli, gigantyczne korzenie obejmujące i rozkruszające piękne ściany, ciepłe, pełne życia i tajemnicy. Teraz w nocy nie było tak fajnie. W świetle księżyca można było dostrzec potwora w każdym większym drzewie, a niewidoczne zwierzęta stawały się potworami z horroru.Czterdzieści siedem minut!
Czas już iść. Miał swoją szansę, ale jedyne co zrobił, to z niej zakpił. Zrobił z niej głupka, oszukał. Zamierzała opieprzyć go jak się spotkają. Zdecydowanie wstała z miejsca. Uh-uh cholerka, musi pójść w kierunku ogromnego szczura. Drżąc, przełknęła ślinę, wzięła głęboki oddech robiąc dwa kroki w tył i odwróciła się.
Szeleszczące, skrzypiące drzewa. To mógłby być wiatr.
Ale nie był.
Kolejny, olbrzymi szczur tuż przed nią. Można przejść obok, ale musi odbyć się to tak szybko, żeby jej nie usłyszał, gdy będzie przechodzić koło niego. Musi pobiec.
To tylko szczur, na miłość boską. Albo wąż. Albo …
„Po prostu idź, Jess!”Zrobiła jeden krok i następny, gdy zauważyła jakiś ruch. To nie był żaden szczur, ani żaden wąż. To było duże, tak duże jak ona. Kształt poruszający się szybko w plątaninie wiszących liści i gałęzi. Cofnęła się. I jeszcze raz. To ruszyło się. Ku niej. Usłyszała oddech; miękki, pewny siebie i ludzki.- Czy to ty? - zawołała.- Hej! Przestań mnie nabierać!
Brak odpowiedzi.
- Mówię poważnie! Przestań! - Chciała, żeby zabrzmiało to groźnie, ale głos jej zadrżał i zapiszczała. - To nie jest zabawne.
Ten dźwięk, to mogły być zgniłe, mokre liście, po których przeszła jakaś żywa istota. Albo śmiech, lekko chropawy i niski. To nie może być on. Nie może.
W każdym razie było ich dwóch. Czuła, jak drugi zbliża się do niej z prawej strony, powoli, groźnie. Jeszcze raz spróbowała krzyknąć, ale kiedy otworzyła usta wyszedł z nich tylko pisk przerażenia.Odwróciła się i potykając ruszyła do biegu. Ciężko było w ciemności trzymać się ścieżki. Winorośle i liście uderzały ją w twarz, gałęzie szarpały nią, korzenie chwytały jej stopy. Czy droga nie powinna znajdować się tutaj? W tym miejscu?
Droga? Przecież tu nie było żadnej drogi. Zgubiła ją, gdy biegła po omacku . Bicie serca rozbrzmiewało grzmotem w jej uszach, ale wciąż słyszała ich za sobą, albo może tylko mogła ich wyczuć. Byli tuż za nią, obok niej, otaczając ją. Co za głupie pojęcie. Ale byli naokoło.
Otaczając ją …Ześlizgnęła się w dół niskiego stoku, nagle została zatrzymana przez masywny korzeń. Schowała się za nim. Gryząc mocno kłykcie, próbowała nie płakać. Chciała być z powrotem w domu. Teraz. Natychmiast.
„Mamo, to jest szalone. Nierealne, więc możesz wejść i mnie obudzić. Tato podejdź, uśmiechnij się i powiedz, że mi się to śniło. Scoob…”
Scooby. Przypomniała sobie, jak pękała z dumy gdy pomachał jej na pożegnanie sprzed przyprawiającej go o dreszczyk emocji nowej szkoły:
- Cześć siorka!
- Do widzenia, mały kłopocie! Ojej – młodszy bracie*!
Chichocząc, odmachał. Scooby … Co to był za dźwięk? Zaczęła ciężej oddychać. Nad nią starożytne budynki świątyni obrysowane były srebrnym światłem księżyca. Korzenie drzewa owinęły się wokół filaru jak ramię kochanka. Lubił jego ramiona.
Gdzie on jest? Co mu się przydarzyło?
Korzenie i wąsy gałęzi wiły się po starożytnych ścianach, przytulając się do nich, dusząc. Wiatr zawiał liśćmi koło jej ucha. Prawie krzyknęła, ale w samą porę zacisnęła ręką usta. To było głupie, pomyślała ponownie. Szalone. Jeśli to nie sen, to musi to być żart.
Durny żart.
Jej ciało tak nie myślało. Była mokra od potu: od wilgoci unoszącej się w powietrzu, od biegu, z przerażenia. Komar zabzyczał ponownie, uderzyła ręką w twarz, tłumiąc krzyk. To tylko owad. Coś dużo gorszego czaiło się w ruinach. Polując …
Nie wpadaj w panikę, pomyślała. Zachowaj spokój. Tam za nią, bujne winorośle oplotło czarne ze starości drzwi, ich drzewo przegniło.
Przypadła do nich, kopiąc jak oszalała muliste liście.
Wpełzła do środka, przykrywając się nimi do połowy.
Już nie bała się szczurów, węży, ani pająków. Nie bała się już niczego. Poza nimi.Zostanie tu, w ruinach, do czasu gdy zacznie świtać. Wpadła w kłopoty. Ale co z tego? Za kilka godzin to miejsce zacznie roić się od turystów. Wtedy będzie już śmiała się z siebie. Teraz ci turyści spali w jakimś klimatyzowanym hotelu, śniąc o jutrzejszym dniu i Angkor Wat, świątyni starożytnych. Świątyni cywilizacji, którą brutalnie zniszczono. Dzikość i piękno, świętość i strach. Tak romantyczna i tajemnicza dla turysty lub nieznajomego.
Kilka godzin. To nie jest tak długo.
Słyszała głosy, nocą jeszcze wyraźniejsze, wzmagające się. Pościg. Wyciszona, cały czas jeszcze dyszała. Może nie powinna czekać. Może powinna pobiec. Nie mogła się zdecydować. Gwałtownie, potarła ręką skronie.
„Ty idiotko, co tutaj robisz? Nigdy nie uciekniesz.”
Poczuła trzepot skrzydeł na policzku. Palnęła robala, ale tylko zdołała strzepnąć go na szyję. Pognał w dół jej klatki piersiowej, a ona zaszlochała głośno.Trzasnęła dłonią w mostek, poczuła, jak insekt rozbryzga się w czarną packę i kawałki skorupy. Zajęczała głośno.
Lepka krew robaka sprawiła, że wszystko stało się prawdziwe. To nie był żaden sen.
”Coś” ją wytropiło, i było to bardziej rzeczywiste niż szkoła, niż dom, niż on.
Oczywiście, że nie przyszedł. Jak mogła myśleć, że jest dla niego kimś ważnym? Smutna, mała, głupia dziewczyna na stypendium. Zostawił ją tutaj samą i teraz oni po nią przyszli …
Dwadzieścia cztery godziny temu, byli razem, upijając się na ulicach Phnom Penh. Myślała, że jest zakochana; szalenie podniecona lotem do Siem Reap i Angkor Wat. Przypomniała sobie jego wysoki śmiech, gdy zagrzewając ich do walki, uderzyła ramię swojego pięknego, zabawnego, najlepszego przyjaciela. Zaśpiewali „ It‟s Raining Men” w barze z karaoke. Przyprawiony o dreszczyk emocji jej szczęściem, odwrócił się by pogłaskać jej policzek. Kochała go …
Zamarła. Głos był teraz czysty, bliski i wygłodniały. Znajomy głos, ale już nie głos przyjaciela. Wiedziała to na pewno. Znała ten głos. Nie śpiewał, nie flirtował, nie żartował, ale wył w jej kierunku. Blisko. Coraz bliżej. Powinna biec, ale krew zamieniła się w jej żyłach w lód.Proszę. Proszęproszeproszę …
Usłyszała głos i poczuła chłodny oddech przy uchu.
- Mam cię.
Tak na chwilę, na jeden szalony, pełen nadziei moment, pomyślała, że wszystko będzie dobrze. Że to był tylko żart. Okrutny żart. Poniżenie dziewczyny która nigdzie nie pasuje. O, dzięki Ci Boże!.
Poczuła zapach skóry i potu, smak radosnego podniecenia i strachu w powietrzu.
- To ty. - szepnęła ochryple.
Uśmiechnął się i zobaczyła rękę wyciągającą się w kierunku jej policzka.
- Nie całkiem.
A następnie zobaczyła ich wyraźnie.Krzycząc, wybiegła z ruin, z powrotem w kierunku lasu. Usłyszała tupot nóg i zdyszany, wygłodniały oddech; zobaczyła szybko poruszającą się postać wśród drzew. Poczuła zapach swojego własnego strachu. Lecz pobiegła.
Chociaż nawet wtedy wiedziała , że nigdy nie będzie dość szybka.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
*bother - kłopot, brother – brat






Wprowadzenie

„Prawdziwi absolwenci Akademii łapią życie za gardło, Cassandro! Pamiętaj o tym”.
Elitarna akademia co semestr przenosi się do nowego egzotycznego miasta, uczniowie są nieprawdopodobnie piękni, wyrafinowani i bogaci. A im więcej nowa stypendystka Cassie Bell dowiaduje się o szkole, tym bardziej jest ciekawa.
Jakich mrocznych sekretów strzegą Wybrani – grupka uprzywilejowanych uczniów, którzy trzymają wszystkich na dystans? Kim jest tajemniczy chłopak krążący nocami po szkolnych korytarzach? I co tak naprawdę wydarzyło się rok wcześniej, kiedy ostatnia stypendystka zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach?
Cassie odkryje, że niebezpiecznie jest wiedzieć zbyt mało, ale za dużo wiedzy może zabić… „Będziesz gotowa umrzeć, żeby zostać Wybraną”
------------------------------------------------------------------------------Hej! Mamy wprowadzenie do mojego drugiego bloga , bo pierwszy jest na wattpadzie . Jestem kiepska jesli chodzi o notatki pod rozdziałami wiec nazywam sie Natalia i mam 14 lat nigdy do tej pory nie pisalam ff i chcialabym zebyście napisaly co o nim sadzicie :).Wiec nie przynudzam i zapraszam, do czytania.