- Hej, czy to ty?
Spojrzała z nadzieją w ciemność, bicie jej serca przyśpieszyło.
Brak odpowiedzi. Coś zaszeleściło w zaroślach, komar zabzyczał. Rozczarowana, zmieniła pozycję, usiadła przy starej świątynnej ścianie i objęła kolana. Nie było żadnego śladu, że on tu jest. To tylko jakaś nocna istota. W porządku, przecież ostrzegł ją, że może się spóźnić.
„Czekałaś na mnie jednak! Czekałaś na mnie Jess, i o to jestem …”
Pozwoliła sobie na lekki uśmiech. Oczywiście, że tu była. Byli jak dwa bieguny magnezu. Mógł znaleźć ją zawsze, w jakimkolwiek tłumie, jakiejkolwiek klasie, i teraz nie mógłby jej zgubić, nawet po ciemku. Zrugałaby go lekko za spóźnienie, ale jego śmiech tak jak jego piękny głos, sprawiłby, że jej serce fiknęłoby koziołka.
„Kocham cię, Jess. Nie śmiej się. Przysięgam.”
Żaden chłopiec nie mógłby sfałszować tych słów tak dobrze. A szczególnie nie on. Przyjdzie na pewno.Marszcząc brwi, uniosła swoją dłoń ku światłu księżyca, a jego promień przejrzał się w zegarku. Z dziesięciu minut zrobiło się dwadzieścia. No i co z tego? Gdyby to był dzień nie czułaby, że tak się dłuży. Nie dłużyłoby jej się także w hałaśliwym barze. Tutaj, w upiornych cieniach starożytnej świątyni było łatwo się wystraszyć, to wszystko.No, przyjdź już.
Osuwając się w dół ściany, podwinęła nogi, potarła ramiona. Czuła gęsia skórkę, mimo że nie było jej zimno. Inny komar bzyknął koło jej ucha, trzepnęła go gniewnie.
„Mam cię.”
Zaczynała się złościć. Jest tak późno. Nie miał prawa zostawić jej samej tyle czasu, tutaj w ciemnościach. Przez trzydzieści minut! To powinno być romantyczną przechadzką, nie badaniem jej nerwów.
Najlepiej by było wściec się na niego. Jednak ona była zbyt przerażona by się złościć. Sama tutaj w cichym mroku. Albo i nie tak cichym. Rozejrzała się dookoła, gdy trzasnęła gałąź i zaszeleściły liście. Był to tylko szczur, jeden duży szczur. Zadrżała.
Lubiła to miejsce za dnia. Zielone bogactwo dżungli, gigantyczne korzenie obejmujące i rozkruszające piękne ściany, ciepłe, pełne życia i tajemnicy. Teraz w nocy nie było tak fajnie. W świetle księżyca można było dostrzec potwora w każdym większym drzewie, a niewidoczne zwierzęta stawały się potworami z horroru.Czterdzieści siedem minut!
Czas już iść. Miał swoją szansę, ale jedyne co zrobił, to z niej zakpił. Zrobił z niej głupka, oszukał. Zamierzała opieprzyć go jak się spotkają. Zdecydowanie wstała z miejsca. Uh-uh cholerka, musi pójść w kierunku ogromnego szczura. Drżąc, przełknęła ślinę, wzięła głęboki oddech robiąc dwa kroki w tył i odwróciła się.
Szeleszczące, skrzypiące drzewa. To mógłby być wiatr.
Ale nie był.
Kolejny, olbrzymi szczur tuż przed nią. Można przejść obok, ale musi odbyć się to tak szybko, żeby jej nie usłyszał, gdy będzie przechodzić koło niego. Musi pobiec.
To tylko szczur, na miłość boską. Albo wąż. Albo …
„Po prostu idź, Jess!”Zrobiła jeden krok i następny, gdy zauważyła jakiś ruch. To nie był żaden szczur, ani żaden wąż. To było duże, tak duże jak ona. Kształt poruszający się szybko w plątaninie wiszących liści i gałęzi. Cofnęła się. I jeszcze raz. To ruszyło się. Ku niej. Usłyszała oddech; miękki, pewny siebie i ludzki.- Czy to ty? - zawołała.- Hej! Przestań mnie nabierać!
Brak odpowiedzi.
- Mówię poważnie! Przestań! - Chciała, żeby zabrzmiało to groźnie, ale głos jej zadrżał i zapiszczała. - To nie jest zabawne.
Ten dźwięk, to mogły być zgniłe, mokre liście, po których przeszła jakaś żywa istota. Albo śmiech, lekko chropawy i niski. To nie może być on. Nie może.
W każdym razie było ich dwóch. Czuła, jak drugi zbliża się do niej z prawej strony, powoli, groźnie. Jeszcze raz spróbowała krzyknąć, ale kiedy otworzyła usta wyszedł z nich tylko pisk przerażenia.Odwróciła się i potykając ruszyła do biegu. Ciężko było w ciemności trzymać się ścieżki. Winorośle i liście uderzały ją w twarz, gałęzie szarpały nią, korzenie chwytały jej stopy. Czy droga nie powinna znajdować się tutaj? W tym miejscu?
Droga? Przecież tu nie było żadnej drogi. Zgubiła ją, gdy biegła po omacku . Bicie serca rozbrzmiewało grzmotem w jej uszach, ale wciąż słyszała ich za sobą, albo może tylko mogła ich wyczuć. Byli tuż za nią, obok niej, otaczając ją. Co za głupie pojęcie. Ale byli naokoło.
Otaczając ją …Ześlizgnęła się w dół niskiego stoku, nagle została zatrzymana przez masywny korzeń. Schowała się za nim. Gryząc mocno kłykcie, próbowała nie płakać. Chciała być z powrotem w domu. Teraz. Natychmiast.
„Mamo, to jest szalone. Nierealne, więc możesz wejść i mnie obudzić. Tato podejdź, uśmiechnij się i powiedz, że mi się to śniło. Scoob…”
Scooby. Przypomniała sobie, jak pękała z dumy gdy pomachał jej na pożegnanie sprzed przyprawiającej go o dreszczyk emocji nowej szkoły:
- Cześć siorka!
- Do widzenia, mały kłopocie! Ojej – młodszy bracie*!
Chichocząc, odmachał. Scooby … Co to był za dźwięk? Zaczęła ciężej oddychać. Nad nią starożytne budynki świątyni obrysowane były srebrnym światłem księżyca. Korzenie drzewa owinęły się wokół filaru jak ramię kochanka. Lubił jego ramiona.
Gdzie on jest? Co mu się przydarzyło?
Korzenie i wąsy gałęzi wiły się po starożytnych ścianach, przytulając się do nich, dusząc. Wiatr zawiał liśćmi koło jej ucha. Prawie krzyknęła, ale w samą porę zacisnęła ręką usta. To było głupie, pomyślała ponownie. Szalone. Jeśli to nie sen, to musi to być żart.
Durny żart.
Jej ciało tak nie myślało. Była mokra od potu: od wilgoci unoszącej się w powietrzu, od biegu, z przerażenia. Komar zabzyczał ponownie, uderzyła ręką w twarz, tłumiąc krzyk. To tylko owad. Coś dużo gorszego czaiło się w ruinach. Polując …
Nie wpadaj w panikę, pomyślała. Zachowaj spokój. Tam za nią, bujne winorośle oplotło czarne ze starości drzwi, ich drzewo przegniło.
Przypadła do nich, kopiąc jak oszalała muliste liście.
Wpełzła do środka, przykrywając się nimi do połowy.
Już nie bała się szczurów, węży, ani pająków. Nie bała się już niczego. Poza nimi.Zostanie tu, w ruinach, do czasu gdy zacznie świtać. Wpadła w kłopoty. Ale co z tego? Za kilka godzin to miejsce zacznie roić się od turystów. Wtedy będzie już śmiała się z siebie. Teraz ci turyści spali w jakimś klimatyzowanym hotelu, śniąc o jutrzejszym dniu i Angkor Wat, świątyni starożytnych. Świątyni cywilizacji, którą brutalnie zniszczono. Dzikość i piękno, świętość i strach. Tak romantyczna i tajemnicza dla turysty lub nieznajomego.
Kilka godzin. To nie jest tak długo.
Słyszała głosy, nocą jeszcze wyraźniejsze, wzmagające się. Pościg. Wyciszona, cały czas jeszcze dyszała. Może nie powinna czekać. Może powinna pobiec. Nie mogła się zdecydować. Gwałtownie, potarła ręką skronie.
„Ty idiotko, co tutaj robisz? Nigdy nie uciekniesz.”
Poczuła trzepot skrzydeł na policzku. Palnęła robala, ale tylko zdołała strzepnąć go na szyję. Pognał w dół jej klatki piersiowej, a ona zaszlochała głośno.Trzasnęła dłonią w mostek, poczuła, jak insekt rozbryzga się w czarną packę i kawałki skorupy. Zajęczała głośno.
Lepka krew robaka sprawiła, że wszystko stało się prawdziwe. To nie był żaden sen.
”Coś” ją wytropiło, i było to bardziej rzeczywiste niż szkoła, niż dom, niż on.
Oczywiście, że nie przyszedł. Jak mogła myśleć, że jest dla niego kimś ważnym? Smutna, mała, głupia dziewczyna na stypendium. Zostawił ją tutaj samą i teraz oni po nią przyszli …
Dwadzieścia cztery godziny temu, byli razem, upijając się na ulicach Phnom Penh. Myślała, że jest zakochana; szalenie podniecona lotem do Siem Reap i Angkor Wat. Przypomniała sobie jego wysoki śmiech, gdy zagrzewając ich do walki, uderzyła ramię swojego pięknego, zabawnego, najlepszego przyjaciela. Zaśpiewali „ It‟s Raining Men” w barze z karaoke. Przyprawiony o dreszczyk emocji jej szczęściem, odwrócił się by pogłaskać jej policzek. Kochała go …
Zamarła. Głos był teraz czysty, bliski i wygłodniały. Znajomy głos, ale już nie głos przyjaciela. Wiedziała to na pewno. Znała ten głos. Nie śpiewał, nie flirtował, nie żartował, ale wył w jej kierunku. Blisko. Coraz bliżej. Powinna biec, ale krew zamieniła się w jej żyłach w lód.Proszę. Proszęproszeproszę …
Usłyszała głos i poczuła chłodny oddech przy uchu.
- Mam cię.
Tak na chwilę, na jeden szalony, pełen nadziei moment, pomyślała, że wszystko będzie dobrze. Że to był tylko żart. Okrutny żart. Poniżenie dziewczyny która nigdzie nie pasuje. O, dzięki Ci Boże!.
Poczuła zapach skóry i potu, smak radosnego podniecenia i strachu w powietrzu.
- To ty. - szepnęła ochryple.
Uśmiechnął się i zobaczyła rękę wyciągającą się w kierunku jej policzka.
- Nie całkiem.
A następnie zobaczyła ich wyraźnie.Krzycząc, wybiegła z ruin, z powrotem w kierunku lasu. Usłyszała tupot nóg i zdyszany, wygłodniały oddech; zobaczyła szybko poruszającą się postać wśród drzew. Poczuła zapach swojego własnego strachu. Lecz pobiegła.
Chociaż nawet wtedy wiedziała , że nigdy nie będzie dość szybka.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
*bother - kłopot, brother – brat
piątek, 22 maja 2015
Wprowadzenie
„Prawdziwi absolwenci Akademii łapią życie za gardło, Cassandro! Pamiętaj o tym”.
Elitarna akademia co semestr przenosi się do nowego egzotycznego
miasta, uczniowie są nieprawdopodobnie piękni, wyrafinowani i bogaci. A
im więcej nowa stypendystka Cassie Bell dowiaduje się o szkole, tym
bardziej jest ciekawa.
Jakich mrocznych sekretów strzegą Wybrani – grupka uprzywilejowanych
uczniów, którzy trzymają wszystkich na dystans? Kim jest tajemniczy
chłopak krążący nocami po szkolnych korytarzach? I co tak naprawdę
wydarzyło się rok wcześniej, kiedy ostatnia stypendystka zginęła w
niewyjaśnionych okolicznościach?
Cassie odkryje, że niebezpiecznie jest wiedzieć zbyt mało, ale za dużo wiedzy może zabić…
„Będziesz gotowa umrzeć, żeby zostać Wybraną”------------------------------------------------------------------------------Hej! Mamy wprowadzenie do mojego drugiego bloga , bo pierwszy jest na wattpadzie . Jestem kiepska jesli chodzi o notatki pod rozdziałami wiec nazywam sie Natalia i mam 14 lat nigdy do tej pory nie pisalam ff i chcialabym zebyście napisaly co o nim sadzicie :).Wiec nie przynudzam i zapraszam, do czytania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)